Ikony i historia,  Problemy Meksyku

Konkwista na koszt podatnika. Jak hiszpańska prawica wywołała skandal stulecia w Meksyku

Relacje między Meksykiem a Hiszpanią z powodu trudnej historii są dość skomplikowane i momentami pełne napięć, coś w rodzaju hate&love relationship. Dyplomaci obu krajów starają się by balans nie przechylił się znacząco w stronę „hate”, jednak w ostatnich dniach doszło do incydentu, który na nowo rozpalił opinię społeczną i krytykę dla eurocentrycznej postawy niektórych hiszpańskich polityków. Odnoszę się do wizyty Isabel Díaz Ayuso i jej skandalicznych wypowiedzi. Pani Prezydent Wspólnoty Madrytu i gwiazda hiszpańskiej ultraprawicy postanowiła zorganizować tournée, którego głównym punktem stało się publiczne wychwalanie Hernána Cortésa, „ewangelizacji rdzennej ludności” oraz bezczelne rzucenie Meksykanom w twarz stwierdzenia, że ich kraj… nie istniał, dopóki nie przybyli do niego Hiszpanie.

Ten polityczny performance, sfinansowany zresztą za astronomiczne publiczne pieniądze, wywołał międzynarodowy kryzys dyplomatyczny. Skandal ten obnażył kompletną ignorancję historyczną i neokolonialną arogancję, która w XXI miejscu nie powinna już mieć racji bytu.

Kim jest Isabel Díaz Ayuso i po co poleciała do Meksyku?

Dla tych, którzy nie śledzą hiszpańskiej sceny politycznej: Isabel Díaz Ayuso to liderka Partii Ludowej (PP) w Madrycie, często nazywana „hiszpańskim Trumpem”. Słynie z populizmu, agresywnego języka i bezpardonowych ataków na lewicowy rząd w Madrycie.

W maju 2026 roku Ayuso spakowała walizki i poleciała do Meksyku. Oficjalnie cel był biznesowo-kulturalny. W praktyce jednak, jak szybko wychwyciła opozycja w Madrycie (PSOE oraz Más Madrid), Ayuso wydała około 300 tysięcy euro z kieszeni madryckich podatników, aby u boku meksykańskich konserwatystów z partii PAN uprawiać ideologiczną wojnę i budować swoją pozycję w międzynarodowej prawicy. Punktem kulminacyjnym jej wizyty był udział w panelu kuriozalnie zatytułowanym „Celebracja ewangelizacji i mestizaje w Meksyku”, gdzie podniosła Cortésa do rangi „architekta narodowości”, bez którego Meksyk byłby niczym.

Kulminacją było jej wystąpienie już po powrocie do Hiszpanii, 14 maja 2026 roku, gdzie podczas debaty w Assembly of Madrid krzyczała do opozycji:

„Meksyk nie istniał, dopóki nie przybyli tam Hiszpanie, polubcie się trochę bardziej, bo to była inna cywilizacja!”.

Prawda o konkwiście, czyli czego Ayuso „nie zauważyła”

Kiedy hiszpańscy rewizjoniści pokroju Ayuso mówią o „misji cywilizacyjnej”, nauka i dokumenty historyczne odpowiadają liczbami i faktami, które przerażają. Przed 1519 rokiem Dolina Meksyku była domem dla jednej z najbardziej zaawansowanych cywilizacji świata.

Mezoameryka tętniła życiem, nauką i unikalnym porządkiem społecznym:

  • Bogactwo językowe i wiedza: Istniały tam dziesiątki rozwiniętych języków (z nahuatl i maya na czele), skomplikowane pismo piktograficzne, zaawansowana medycyna, botanika oraz kalendarze astronomiczne precyzyjniejsze od ówczesnych europejskich.
  • Urbanistyka: Stolica Tenochtitlan, była wzniesionym na jeziorze arcydziełem inżynierii z systemem akweduktów, zapór i ogrodów na wodzie (chinampas). Gdy konkwistadorzy tam weszli, miasto liczyło ponad 200 tysięcy mieszkańców – było większe, czystsze i lepiej zorganizowane niż Londyn, Paryż czy Madryt tamtych czasów.

Co ciekawe sam Hernan Cortés przyznał, że zaskoczył go i zachwycił ten obraz, świadectwa tego znajdziemy w listach i pamiętnikach, które zachowały się do dziś. Konkwistadorzy mieli więc pełną świadomość, że nie przybyli do kraju „dzikiego” a ich interwencja zbrojna była w pełni zaplanowana i wykonywana bez skrupułów.

„Misja cywilizacyjna” Cortésa przyniosła brutalną zagładę:

  • Ludobójstwo i niewolnictwo: Szacuje się, że w ciągu zaledwie jednego stulecia od przybycia Hiszpanów, na skutek brutalnych mordów, niewolniczej pracy w kopalniach srebra i zawleczonych chorób, populacja rdzennej ludności Mezoameryki skurczyła się o blisko 90%.
  • Gwałty i czystki kulturowe: Masowe gwałty stały się narzędziem systemowej dominacji, a lokalne religie i styl życia potraktowano ogniem. Hiszpańscy zakonnicy (tacy jak Diego de Landa) z fanatycznym zapałem palili bezcenne azteckie i majańskie kodeksy, niszcząc tysiąclecia ludzkiej wiedzy w imię „jedynej prawdziwej wiary”. Bogactwa naturalne i złoto zostały rozkradzione, by tuczyć hiszpańskie imperium.

Podwójne standardy: Inkwizycja kontra kosmowizja

Podczas swojej wizyty Isabel Ayuso próbowała uderzyć w czuły punkt i zagrać kartą „dzikości” dawnych ludów. Wskazała na słynne stanowisko archeologiczne przy ulicy Guatemala 24 w historycznym centrum miasta Meksyk. Znajdują się tam odkopane w 2015 roku ruiny Huei Tzompantli – wielkiej wieży i stanowiska zbudowanego z ludzkich czaszek. Ayuso rzuciła oskarżenie, że rząd Meksyku „ukrywa przed ludźmi prawdę o tym miejscu”, sugerując, że to dowód na barbarzyństwo ich przodków.

Meksykanie niczego jednak nie ukrywają – o Tzompantli piszą podręczniki, a naukowcy badają je z dumą i szacunkiem. Dla ludów Mezoameryki rytualne ofiary i eksponowanie czaszek nie wynikały z sadyzmu, lecz z ich głębokiej kosmowizji. Wierzyli, że krew i życie ludzkie są niezbędną energią, którą trzeba oddać bogom, aby słońce mogło rano wzejść, a kosmos nie uległ zagładzie. Był to akt najwyższego, religijnego poświęcenia dla utrzymania porządku świata.

Co więcej, sugerowanie, że budowanie z kości i zabijanie w imię wiary to domena wyłącznie „dzikiej Ameryki”, to szczyt hipokryzji. W tym samym czasie, gdy Aztekowie budowali Tzompantli, w Europie szalała Święta Inkwizycja. Hiszpania ma na swoim koncie wieki brutalnych, usankcjonowanych prawnie tortur, łamania kołem i palenia ludzi na stosach.

Różnica polega na tym, że Inkwizycja nie zabijała dla „podtrzymania kosmosu”, ale z czystej żądzy władzy, eliminacji niezależnego myślenia, walki z domniemanymi czarami i tłamszenia jakiejkolwiek politycznej i religijnej wolności. Ponadto, Europa również ma swoje „wieże z kości” – wystarczy wspomnieć choćby słynną Kaplicę Czaszek w polskiej Czermnej czy rzymskie katakumby, gdzie ludzkie szczątki służyły za element dekoracyjny obiektów sakralnych.

Dyplomatyczny nokaut Claudii Sheinbaum i wściekłość w Hiszpanii

Reakcja na prowokację Ayuso była natychmiastowa i pokazała, jak bardzo hiszpańska polityk przeliczyła się w swoich kalkulacjach.

Meksykanie na ulicach przyjęli ją chłodno, w wielu miejscach była wygwizdywana, a lewicowe środowiska w stolicy głośno domagały się uznania jej za persona non grata. Z kolei prezydent Meksyku, Claudia Sheinbaum, rozegrała tę sprawę z chłodną elegancją przyprawioną odrobiną sarkazmu. Nie dała się wciągnąć w medialną pyskówkę. Podczas swojej słynnej porannej konferencji (mañanera) skomentowała wizytę Ayuso z lekkim uśmiechem, mówiąc:

„Wizyta ta okazała się porażką, ponieważ miała na celu nobilitowanie postaci Hernána Cortésa i uderzenie w meksykański rząd. Jak ktokolwiek mógł sądzić, że w dzisiejszym Meksyku to chwyci i zbuduje jakąkolwiek więź? Wręcz przeciwnie. Ale dobrze, że przyjechała, bo otworzyła debatę – również w samej Hiszpanii. Dzięki temu możemy głośno mówić o wielkości naszej kultury, o inwazji i o godności meksykańskiego narodu. niech przyjeżdża częściej, Meksyk to wolny kraj i ona ma prawo tu być. Myślę, że pani Ayuso mogłaby się od nas bardzo wiele nauczyć”.

Ta wypowiedź zabolała Ayuso najbardziej, bo Sheinbaum trafiła w sedno: hiszpańska polityk podpaliła lont, który wybuchł jej w dłoni. W Hiszpanii czekała ją poważna przeprawa, m.in z politykami lewicy ale i mieszkańcami Madrytu, którzy czuli się zażenowani i wręcz przepraszali Meksyk w mediach za tę niefortunną wizytę, odcinając się od niej w sposób kategoryczny. Lewicowa deputowana Ada Bergerot grzmiała w parlamencie, że mieszkańcy Madrytu na co dzień cierpią z powodu złego zarządzania Ayuso, a teraz muszą się za nią wstydzić, podczas gdy „Meksyk postawił jej jasną granicę”. Ayuso zarzucono marnowanie publicznych pieniędzy na prywatną wycieczkę ideologiczną i ośmieszanie majestatu Hiszpanii na arenie międzynarodowej.

Konkwista z miłości i hiszpańskie nazwiska z przymusu

Próbując ratować wizerunek po fali krytyki, Isabel Díaz Ayuso postanowiła brnąć dalej w przedziwną argumentację. Publicznie oświadczyła, że zarzucanie jej nienawiści do Meksykanów jest absurdalne, ponieważ oba narody łączy wyjątkowa więź. Jako dowód wskazała fakt, że miliony ludzi po obu stronach Atlantyku noszą te same nazwiska. Co więcej, hiszpańska polityk posunęła się do stwierdzenia, że epoka kolonialna i sama konkwista wcale nie były czasem nienawiści, lecz… epoką wielkiej miłości.

Gdy jednak zdejmiemy z tych słów lukier taniej rzewności, staniemy przed faktami historycznymi, które tę „miłość” definiują w sposób przerażający.

Prawda o wspólnych nazwiskach i kolonialnym uczuciu kryje się w dwóch faktach:

  • Przed przybyciem Hiszpanów rdzenni mieszkańcy Mezoameryki nie znali konceptu europejskich nazwisk. Wspólnota nazwisk, którą Ayuso uważa za dowód miłości, była efektem masowych, przymusowych chrztów. Zakonnicy i konkwistadorzy chrzcili całe wioski taśmowo, nadając rdzennym mieszkańcom hiszpańskie imiona i nazwiska. Bardzo często były to po prostu nazwiska hiszpańskich księży odprawiających rytuał lub konkwistadorów, którzy stawali się „właścicielami” danych ziem i żyjących na nich ludzi. Nazwisko nie było więc symbolem braterstwa, lecz administracyjną pieczęcią poddaństwa i wymazania dotychczasowej tożsamości.
  • Podobnie stało się z językiem hiszpańskim. Nie rozprzestrzenił się on w Ameryce Środkowej w wyniku pokojowej wymiany kulturowej. Został brutalnie i systemowo narzucony jako język urzędowy i religijny. Używanie języków rdzennych w przestrzeni publicznej było przez wieki karane i tępione, a znajomość kastylijskiego stanowiła jedyną, narzuconą odgórnie przepustkę do biologicznego i prawnego przetrwania w kolonialnym systemie kastowym.

Trudno o bardziej jaskrawy przykład cynizmu niż nazywanie „epoką miłości” czasów, w których według szacunków historyków i demografów ponad 55 milionów ludzi straciło życie w wyniku bezpośrednich rzezi, niewolniczej pracy oraz potwornych epidemii przywleczonych z Europy. Ta „miłość”, o której mówi Ayuso, była w rzeczywistości jednym z największych i najbardziej krwawych dramatów demograficznych w dziejach ludzkości.

„Méjico” przez „j” – policzek dla meksykańskiej tożsamości

Hiszpańska polityk, chwaląc panią gubernator stanu Aguascalientes, bez mrugnięcia okiem napisała nazwę kraju przez „j” – „Méjico”. Ten jeden ortograficzny detal, wywołał wściekłość w Meksyku. I słusznie.

Kluczowe fakty, które czynią to działanie skandalicznym, to:

  • Prawdziwa nazwa kraju wywodzi się bezpośrednio z języka Nahuatl – Mēxihco (oznacza „miejsce w pępku księżyca”). Pierwsi hiszpańscy konkwistadorzy, tacy jak Bernal Díaz del Castillo, zapisywali dźwięk /sh/ za pomocą litery „X”, która w ówczesnej kastylijskiej ortografii była do tego przeznaczona. Pisanie „México” przez „X” to akt szacunku dla pierwotnej fonetyki i tożsamości tamtego ludu.
  • Co najbardziej kuriozalne, hiszpańska polityk zdaje się nie znać ortografii własnego języka. Choć przez wieki Hiszpania próbowała narzucić pisownię przez „j” (co jest odzwierciedlone w starszych dokumentach, które Ayuso może i czytała), to w 2001 roku Królewska Akademia Hiszpańska (RAE) oficjalnie uznała pisownię przez „X” za jedyną poprawną i zgodną z meksykańską tradycją. Używanie przez hiszpańską polityk pisowni „Méjico” nie jest błędem: jest świadomą decyzją polityczną, która chce stawiać wyżej kastylijską wymowę i administracyjną dominację nad tożsamością kulturową wybraną i wywalczoną przez Meksykanów.

Wszystkie wypowiedzi Ayuso są jasnym dowodem, że ta polityk nie przyleciała do Meksyku, aby budować relacje, ale aby zamanifestować, że epoka kolonialnej arogancji w sercach hiszpańskiej prawicy wciąż trwa. Mimo, że nie jestem wielką fanką obecnej prezydent Meksyku to tym razem biłam Claudii Sheinbaum brawo za sprowadzenie całego zdarzenia do rozmiaru mało znaczącego incydentu, który nie może wpłynąć na pogorszenie relacji między obydwoma krajami.

Leave a Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *