Największe katastrofy naturalne Karaibów
Turkusowe wody Morza Karaibskiego i piaszczyste wybrzeża archipelagów ukrywają przed wzrokiem turystów jedną z najbardziej dynamicznych i niebezpiecznych stref geologicznych na naszej planecie. Karaibska płyta tektoniczna, ściśnięta pomiędzy płyty północnoamerykańską i południowoamerykańską, ulega non stop gwałtownym naprężeniom. To właśnie ta struktura odpowiada za powstawanie głębokich rowów oceanicznych oraz łuku wulkanicznego Antyli. Rajski pejzaż wysp jest bezpośrednim wytworem ognia, popiołu i podziemnych wstrząsów, które od stuleci regularnie niszczą budowane przez człowieka miasta.
Wybuch wulkanu Mount Pelée – Martynika
Kiedy w 2005 roku po raz pierwszy odwiedziłam Martynikę niebo było zachmurzone, ciężkie typowe dla pory deszczowej chmury wisiały nisko nad horyzontem i widziałam tylko położone w zatoce miasto Fort-de-France i jego kolorową zabudowę. Zrobiłam kilka zdjęć krajobrazu, poszlajałam się po uliczkach i był to pierwszy raz kiedy zetknęłam się z tak wysoką wilgotnością powietrza. Nie mam więc z tego dnia najlepszych wspomnień. Kilka tygodniu później zawitałam tam ponownie, tym razem pogoda była wspaniała i zobaczyłam ogromną zieloną górę na horyzoncie, na tyle potężną, że zdawała się być usytuowana tuż za budynkami przy samej plaży. Kiedy po powrocie do Polski pokazywałam zdjęcia rodzinie, moja mama-geolog stwierdziła: „To nie jest góra, to wulkan. Musiał mieć sporą erupcję bo widać że niektóre z jego zboczy mają spore ubytki i dlatego na pierwszy rzut oka nie przypomina już stożka.”
Musiało minąć 20 lat zanim dokopałam się do historii tego wybuchu!
Na początku maja 1902 roku miasto Saint-Pierre na Martynice było uznawane za kulturalną i gospodarczą stolicę Karaibów. Nazywane Paryżem Antyli, zachwycało architekturą z ciosanego kamienia, klasycystycznym teatrem wzniesionym na wzór obiektu w Bordeaux, eleganckimi bulwarami i wykwintnymi kawiarniami, w których gromadziła się zamorska elita. W porcie kołysały się dziesiątki statków handlowych ładujących rum z lokalnych destylarni i cukier trzcinowy. Nad tą tętniącą życiem metropolią górował Mount Pelée, uśpiony od lat wulkan, który mieszkańcy traktowali raczej jako malownicze tło dla swoich spacerów niż realne zagrożenie. Wiosną 1902 roku wulkan zaczął wysyłać pierwsze niepokojące sygnały. W kwietniu z pęknięć na zboczach zaczął wydobywać się siarkowy gaz, a miasto pokryła cienka warstwa szarego popiołu. Dzikie zwierzęta, węże i jadowite stonogi zeszły ze wzgórz do niżej położonych dzielnic, wywołując panikę wśród mieszkańców. Mimo to gubernator wyspy, Louis Mouttet, sprzeciwił się ewakuacji. Zbliżała się druga tura wyborów parlamentarnych, a polityczne kalkulacje okazały się ważniejsze niż bezpieczeństwo obywateli. Władze powołały specjalną komisję, która uspokajała ludność, twierdząc, że Saint-Pierre jest całkowicie bezpieczne. O poranku 8 maja, w dniu Święta Wniebowstąpienia Pańskiego, mieszkańcy szykowali się do uroczystych mszy. O godzinie 7:52 zbocze wulkanu eksplodowało. Zamiast tradycyjnego wyrzutu lawy z wierzchołka, z boku góry wydostała się chmura gorejąca – spływ piroklastyczny będący supergorącą mieszaniną gazów, popiołów i skał o temperaturze przekraczającej 1000 stopni Celsjusza. Chmura ta pędziła w dół zbocza z prędkością ponad 150 kilometrów na godzinę, uderzając bezpośrednio w Saint-Pierre. W ciągu zaledwie dwóch minut prężne miasto przestało istnieć. Fala uderzeniowa zmiotła grube kamienne ściany teatru, zniszczyła wielką katedrę i podpaliła statki zakotwiczone w zatoce. Woda w porcie zagotowała się niemal natychmiast, a drewniane kadłuby stanęły w płomieniach. Zginęło około 30 tysięcy ludzi, w tym gubernator wraz z małżonką. Jednym z niewielu ocalałych był Ludger Sylbaris, drobny przestępca odsiadujący wyrok w podziemnej, grubej celi miejskiego więzienia. Mury izolatki z niewielkim ratunkowym okienkiem uchroniły go przed bezpośrednim uderzeniem fali gorąca, choć odniósł ciężkie poparzenia. Po katastrofie Sylbaris stał się osobliwością i dołączył do cyrku Barnum and Bailey, pokazując swoje blizny widzom w całej Ameryce.

Trzęsienie ziemi na Jamajce
200 lat wcześniej po drugiej stronie Morza Karaibskiego doszło do innego kataklizmu, który został zapamiętany przez kolejne stulecia. 7 czerwca 1692 roku potężne trzęsienie ziemi nawiedziło Port Royal na Jamajce. Miasto to, znane jako jedno z najbogatszych i najbardziej rozwiązłych miejsc w Nowym Świecie, było centrum karaibskiego piractwa, gdzie słynny Henry Morgan i jego załogi wydawali zrabowane hiszpańskie złoto. Wspaniałe, kilkupiętrowe kamienice i potężne fortyfikacje zbudowano na piaszczystej mierzei. Gdy nadeszły pierwsze wstrząsy, piaszczysty grunt pod wpływem drgań i wysokiego poziomu wód gruntowych uległ zjawisku upłynnienia. Całe dzielnice wraz z mieszkańcami zapadły się pod wodę i pociągnęły za sobą pozornie solidnie skonstruowane budynki. Chwilę później w wybrzeże uderzyła fala tsunami wywołana podwodnym osuwiskiem. W ciągu kilkunastu minut znaczna część miasta znalazła się na dnie oceanu. Symbolem tej katastrofy stał się mosiężny kieszonkowy zegarek odnaleziony przez archeologów podczas podwodnych prac w latach sześćdziesiątych XX wieku, którego wskazówki zatrzymały się dokładnie o godzinie 11:43.
Wielki Huragan z 1780 roku – Barbados, Martynika i Dominika
Oprócz potęg ukrytych pod ziemią, Karaiby nieustannie zmagają się z siłami atmosferycznymi. Ciepłe wody Oceanu Atlantyckiego stanowią paliwo dla niszczycielskich cyklonów tropikalnych. Najbardziej tragicznym w historii regionu pozostał Wielki Huragan z 1780 roku, który uderzył w wyspy w październiku, w samym środku amerykańskiej wojny o niepodległość. Żywioł przetoczył się przez Barbados, Martynikę i Sint Eustatius, niszcząc floty wojenne Wielkiej Brytanii oraz Francji i pozbawiając życia ponad 22 tysiące ludzi. Brytyjski admirał George Rodney pisał w swoich relacjach, że wiatr był tak potężny, iż całkowicie zdarł korę z pni drzew, co według współczesnych meteorologów wymagało prędkości wiatru przekraczającej 320 kilometrów na godzinę. Przewrócone zostały nawet najsolidniejsze kamienne fortilfikacje, a mordercza fala sztormowa wdarła się setki metrów w głąb lądu.

Częstotliwość występowania obu tych żywiołów znacznie się różni, ponieważ wynikają one z zupełnie innych procesów przyrodniczych.
Huragany są zjawiskiem cyklicznym i nieuniknionym. Sezon na Karaibach trwa co roku od czerwca do końca listopada, przy czym największe zagęszczenie potężnych sztormów przypada na sierpień i wrzesień. Bardzo silne cyklony kategorii czwartej i piątej w skali Saffira-Simpsona pojawiają się w skali całego akwenu średnio co dwa lub trzy lata. Prawdopodobieństwo, że taki gigantyczny żywioł uderzy bezpośrednio w ten sam skrawek lądu, wynosi zazwyczaj raz na kilkadziesiąt lat, ale w skali całego archipelagu mieszkańcy zmagają się z nimi nieustannie. Co więcej, rosnąca temperatura wód oceanicznych sprawia, że w ostatnich dekadach cyklony znacznie szybciej przybierają na sile i przynoszą drastyczniejsze opady.
Wulkanizm działa w zupełnie innej skali czasowej. Wzdłuż łuku Antyli Mniejszych znajduje się około dwudziestu aktywnych lub potencjalnie aktywnych wulkanów. Katastrofalne eksplozje o sile porównywalnej do wybuchu Mount Pelee z 1902 roku zdarzają się rzadko, zazwyczaj raz na kilkaset lat dla pojedynczego wulkanu. Jednak umiarkowane erupcje, emisje pyłów czy lokalne spływy popiołowe są w tym regionie dość powszechne i zdarzają się co kilkanaście lub kilkadziesiąt lat. Dobrym przykładem jest wulkan Soufriere Hills na wyspie Montserrat, który obudził się w 1995 roku, doprowadzając do zniszczenia stolicy wyspy i ewakuacji większości mieszkańców. Z kolei wulkan La Soufriere na wyspie Saint Vincent wybuchł spektakularnie w 2021 roku, paraliżując życie na wyspie na wiele tygodni. Geologicznie jest to więc obszar ciągle żywy, ale skrajnie niszczycielskie epizody wulkaniczne są rozłożone w czasie znacznie bardziej niż coroczne zagrożenie huraganowe.
Historia Karaibów jest nieprzerwanym splotem zachwycającego piękna natury i brutalnych przypomnień o jej potędze. Ruiny w Saint-Pierre czy zatopione ulice Port Royal stanowią świadectwo tego, że ludzka architektura i ambitne plany miast są jedynie chwilowym gościem na obszarze kształtowanym przez nieokiełznane siły tektoniczne i klimat. Zrozumienie geologicznej przeszłości Antyli pozwala dostrzec w tym rajskim krajobrazie fascynującą, choć groźną mozaikę dynamicznych przemian naszej planety.



6 komentarzy
Małgorzata
Świetny tekst,nie znałam ani historii Mount Pelee ani trzęsienia ziemi w Port Royal. O huraganach wiem co nieco,na Dominikanie też było czasem ciężko! Unikam jak mogę podróży w sezonie letnim
linianocna
No właśnie te hurgany to zmora regionu, u nas w Veracruz nigdy ich nie ma, wszystkie idą na Jukatan i potem odbijają na Florydę i właśnie przetaczają się przez Karaiby 🙁
Doris
Bardzo ciekawe! Czekam na następny post 🙂
linianocna
Dziękuję! Następny już prawie gotowy 🙂
Anna
świetny tekst, jak zawsze! Gratulacje! Ja znałam tylko historię z Port Royal. Czekam na kolejne artykuły 🙂
linianocna
Dziękuję! Karaiby niby małe ale jednak dużo się tam dzieje i jest masa historii do opowiedzenia, już piszę kolejny post 🙂